niedziela, 7 stycznia 2018

Część 19. Żyć dla siebie.


Zastanawia mnie wiele spraw...
Często powtarzane jest że żyjemy dla siebie.
Czy jest sens w takim razie z kimś być?
Czy jest sens tworzyć z kimś przyszłość?
Może to brzmi głupio ale zaczynam czuć się jak zlepek komórek który ma za zadanie odhaczyć swój żywot. I czy warto inwestować to w jaki sposób przeżyje swoje lata?
99% ludzi odpowie że warto, zawsze warto.


Ok. Nie będę oszukiwała że nie widzę zalet życia, bo widzę je wielokrotnie i cieszę się czasami jak zatracone w zabawie dziecko, tylko czy jest sens?
Męczą mnie dziś myśli egzystencjalne.
Po co?
Na co?
Czemu?
Boję się że to wszystko nie ma sensu.
Może tak naprawdę powinnam żyć, robić to co nakazuje mój automat wbudowany w mózgu każdego człowieka i nie szukać w niczym sensu, ratunku, odpowiedzi na nurtujące pytania. Po prostu żreć, spać i wydalać.

Zastanawiam się po co mi małżeństwo, dzieci, praca, skoro to tak jakby nieuchronny znak kierujący w stronę śmierci. Ok. każdy umrze bez względu na to co zrobi w życiu społecznym, ale jednak jak ma się swoje dzieci to zauważamy że jesteśmy krok dalej od młodości.
Jak mamy wnuki, to wiemy że bliżej nam do piachu niż pampersów itd.

Wiem, że to co piszę przeminie w moim mózgu i za momencik lub dwa a może i 20, wrócę do dalszego marzenia o własnym M, miłości, forsie itd. Do pogoni za realizacją tego wszystkiego we własnym zakresie, własnym czasie, o własnych siłach.

Podobno kiedy pojawiają się takie egzystencjalne odchyłki, to obok może być przyklejona depresja.
Rozglądam się obok i nie widzę.
A może jestem ślepa i znowu coś się przede mną ukrywa.

Nie wiem czy jest sens uczęszczać na terapię, narażać się na stres związany z pokonywaniem lęków, może to wszystko nie ma sensu.
Z punktu widzenia innej osoby, tak własnie może być. To co mnie przeraża nie ma sensu, ale znajdzie się kolejnych 5 które mają ten problem co ja, lub co marzą o rodzinie i np.sens ma dla nich tylko to i nic więcej. Sens pojęcie względne.

Dla każdego coś dobrego.
życie jest pełne wszystkiego.
Świat jest ogromny, że dla każdego znajdzie się miejsce.
Szkoda tylko że mój osobisty świat, trzymany w głowie niczym róża z opadającymi płatkami, skrywana pod szklanym kloszem, jak w bajce o Pięknej i Bestii, jest zaskakująco kruchy i trudny do utrzymania przy życiu.

To co dowiaduję się przy okazji kolejnej terapii potrafi zjechać mi dzień do 0.
Kiedy kolejny raz dociera do mnie, że moje problemy pochodzą z domu rodzinnego, tym moje marzenia o własnym domu zaczynają się chować po kątach.
Czuję się jak podczas syndromu sztokholmskiego.
Moja najbliższa rodzina wyrządzała mi jakiś ból a ja nie umiem ich opuścić. wręcz przeciwnie, czuję że ich ranię kiedy opowiadam o tym co złe pani psycholog.
Mam wrażenie momentami że chciałabym ich wszystkich przeprosić, ze śmiałam powiedzieć na głos o swoim dzieciństwie. Ciągle przewija się wina.
A czy tak w ogóle życie ma sens?
Czy ma sens bać się, kochać, uciekać przed czymś lub walczyć o coś?
śmierć przyjdzie nawet nie wiem kiedy...
Niedoskonałe ciało po śmierci będzie tak samo super jak to na które poświęcaliśmy tyle czasu.
I czy to miało sens?
a może bez względu na wszystko oddać się rozrywkom i przyjemnościom?
Unikać problemów, nie stawiać czoła przeszkodom, tylko żyć cały czas bez hamulców, tak jak lubimy, wybierać z koszyczka tylko słodkie owoce a cierpkie odrzucać?
A może lepiej jest ciągle walczy, ulepszać, dążyć do doskonałości w każdej sferze?

Tylko co to wszystko da...
co to zmieni w sytuacji w której dociera do człowieka że życie jest krótkie a potem co... potem drugie życie? a może wieczna ciemność? a może oglądanie kolorowych kwiatków na wiecznej łące i brak ludzkich potrzeb?

Po co to wszystko robić..


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz