wtorek, 12 grudnia 2017

Część 16. Rodzina i jej miejsce w psychoterapii.


Na początku zanim nawet pomyślałam by iść na psychoterapię, usłyszałam tysiąc opinii dotyczących tego jakie to głupie.
W mojej rodzinie depresje, jakieś "demony" przeszłości i fobie, to coś co minie i nie ma co się tyle nad tym rozwodzić.
Jak sytuacja wygląda teraz?



Po kilku latach, kiedy doszły trudności i przestałam dostrzegać szansę, że poradzę sobie sama zdecydowałam:
ZAPISUJĘ SIĘ.

Bałam się jak diabli.
Z jednej strony ten strach, a z drugiej wielka nadzieja i ciekawość, co też psychoterapia mi przyniesie, jak będzie przebiegała, czy ja się do tego nadam?

Pierwszą osobą którą w swój sekret wciągnęłam był P. Potem ukrywałam ile mogłam przed resztą, gdzie jadę, po co jadę.

W tym wszystkim bardziej lub mniej była rodzina.
Jej wcześniejszą opinię znałam.
Mało pozytywna.
Po prostu nie rozumieją potrzeby gadania przed kimś obcym o swoim życiu. Bo po co płacić za to że sobie pogadasz, a co? nie masz do kogo gęby otworzyć? itp.

Kiedy dowiedzieli się o mojej decyzji było zaskoczenie. Ewidentny szok.
Miałam głupią potrzebę przeproszenia ich wszystkich a w szczególności mamy, bo pierwsze spotkanie psychoterapeutyczne było kulminacją żali z dzieciństwa, jakby nie było, to mama do tego sporo się przyczyniła.
nie powinnam żałować że wtedy tak czułam. Ciągle powtarzam sobie zdanie, że jeśli podjęłam taką decyzję to widocznie była ona słuszna, bo była moja.

Jak jest teraz? po 12 spotkaniach?
Niby przyjęli to do wiadomości ale wcale nie pomagają. Nie czuję wsparcia. Gdyby nie P. który chociaż trochę próbuje się interesować tym jak mi idzie, to pozostałby mi tylko blog.
Kiedyś usłyszałam od nich: "jeśli tego potrzebujesz...."
to niby wiele ale jednocześnie za mało.
Chciałabym być wspierana, jednak oni tego nie czują, więc nie chcą brać udziału w moim zdrowieniu.
Nie będę o to błagać. Wysyłać zaproszeń. Może dzięki temu stanę się bardziej odpowiedzialna i silniejsza? Może to też jest pewien sposób dorastania? Może może może. Gdybać mogę całe życie.

Zawsze głupio ich broniłam, przed sobą, przed psychoterapeutką. Jak powiedziałam coś niefajnego to potem próbowałam mówić, że zawsze tak źle nie było, nie jest itd. że ogólnie kiedyś było ok

A dziś?
TERAZ?
Przechodząc z pokoju do łazienki usłyszałam rozmowę..
Dotarło do mnie że nadal jestem dziwolągiem, który bawi się w głupie bieganie po psychologach.

"I co? Później powie mi tak samo jak Karolina tobie?"
Rozmowa siostry z mamą...

Nadal jestem naznaczona.
Jestem kimś kto zrobił zamęt w ich życiu, w rzekomym spokoju domowym.
Czyli według nich wprowadziłam niepotrzebne problemy.
Dla nich to że ktoś chce naprawić siebie i próbuje porozmawiać z kimś kompetentnym by pozamykać  bolące dawne dzieje, jest upierdliwym wrzutem na dupie.
Nie wiem czy mam się nastawiać na ataki, uodparniać jakoś na podobne zasłyszane zdania przez cały ten trudny dla mnie czas. Nie wiem jaką przyjąć pozycję.
Wiem jedno...
w domu nigdy nie znajdę wsparcia. Nie ma takiej opcji.
Podobno dobrze jest kiedy rodzina wspiera....
Podobno sa takie rodziny które wspierają....
Dla mnie będzie to utopijną wizją życia rodzinnego.
Szkoda.

Najbardziej boli kiedy prosto w twarz mówią coś innego, a kiedy mnie nie ma, to moje leczenie traktują jako "obrażanie rodziny", rozpętanie piekiełka, odgrzebywania niepotrzebne starych śmieci.
Karolina to ta co wywleka brudy. a przecież jesteśmy już dorośli, kogo teraz obchodzi to co działo się w dziecinstwie...
To jest podejście moich bliskich.
Bliscy sa ale tylko z nazwy.
Tak bardzo brakuje mi wsparcia...
Tak bardzo...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz