czwartek, 15 czerwca 2017

Sesja terapeutyczna.

Mam mega wyczulenie na sylwetkę i ogólny wygląd, jak nigdy.
Wszystko co zjem zaczynam sobie w środku wypominać, a nigdy nie objadam się na maksa, bo z natury nie miałam takich napadów nigdy.
Czuję się często winna za każdy kęs.
Jakbym oddalała się od wymarzonej figury, a przecież nie siedze na dupie i nie czekam na cud boży, tylko ćwiczę, pocę się i męczę by osiagnąć cel.


Czuję że źle się dzieje.
Regularnie ćwiczę, efekty pierwsze już są, mimo to, za każdym razem kiedy widzę swoje odbicie lub bron boże zdjęcie, które wykonuję co dwa tygodnie do porównania sylwetki, negatywnie mnie nastawia.
Ciągle widzę w sobie grubaskę, nie taką typowo przerośniętą świnkę ale jednak czuję się gruba.
Wiadomo, brzuch najgorzej "schodzi" a wszystko co zjem lekko ten brzuch uwydatnia.
We mnie budzi się mała załamka, że nie zrobię ciała na tip top i będę przepasioną przecietniarą.
Może brzmi to okrutnie. Jednak mam wobec siebie wyższe plany i wychodzę z założenia, że zdrowe wysportowane ciało to podstawa, to zdrowie fizyczne i psychiczne.

Poranki są mało fajne.
Z natury jestem blada, a po nocnej drzemce wyglądam jak umierająca, czekam kiedy krew zacznie szybciej krążyć by z trupiej bladosci przejsc do swojej mniej trupkowatej.
Zombie za życia.
Czasami zastanawiam się co by było gdybym każdego dnia po przebudzeniu raczyła się makijażem...
tylko że szkoda mi czasu, kasy i skóry na to wszystko.
Drobne poprawki w zupełności mi wystarczają ale cudów nie wyczaruje się na problematycznej cerze :)

Wygląda jak wpis o narzekaniu.
Problem chyba jest głębszy.
Powinnam prawdopodobnie być z siebie dumna zawsze i cieszyć się z tego co jest, co osiągnęłam.
ale to nadal nic.

Łapię się na tym, że wśród osób o mega ładnych cerach i kobiecych kształtach, zapadam się w krzesło/chodnik.

widocznie nie osiągnęłam poziomu który mnie zadowoli.

Jest jeden plus - dawniej, za czasów świnki karolinki, częściej przerabiałam takie sytuacje, teraz to rzadkość
niestety nadal odzywa się "świnka", która powinna przepaść precz w otchłań przeszłości.

Pewności siebie dodaje nowa fryzura. Cięcie/kolor albo zmiana stylu ubierania.
Najtrudniej jest mi określić co na łbie nosić :D

Dla poprawy nastroju i ogarnięcia trochę wizerunku, odświeżyłam kolor na włosach, powinnam też ogarnąć układanie ich, ale od zawsze jest to moja najsłabsza strona.
Uwielbiam upinać włosy, tylko co z tego jak mam o tym mega slabe pojecie?:D
Robiłam dwa podejścia przyswajania wiedzy w tym temacie, słabo szło oj słabiutko :D
Jako nastolatka miałam wyrąbane na damskie zajecia, teraz w dorosłym życiu odpłaca mi się to brakami w podstawach :D

Pośladki tez mogłyby lepiej rosnąć :D

Takie głupkowate problemy... ale to sa już drobiazgi jakie mi pozostały do ogarnięcia i osiągnięcia całkowitej wygranej nad sobą.

Dorzuciłabym jeszcze odrobinę więcej odwagi i można świat zdobywać.
Często brakuje mi tego w niektórych momentach.
Nie jest tak tragicznie jak było i to sobie powtarzam jak mantrę.
Bo przecież trzeba się cieszyć tym co jest teraz, a plany robić na krótki okres.
Cera też z miesiaca na miesiac staje się ładniejsza.
Ciekawe jak będę wyglądala za rok.
albo jeszcze lepiej - jak będe wyglądała na swoje 30 urodziny :)
I może do tego czasu będę walczyła bez mrugnięcia okiem i przerw na smutki.


Pięknie mi idzie unikanie depresyjnych stanów. Jestem z siebie mega ogromnie przeogromnie dumna.
Po fobii społecznej pozostał kurz i wiem jak fajne jest życie.
Introwertykiem jestem nadal i to się nie zmieni, ale bez fobii można cudownie żyć, doświadczac tego co chciałam przez lata.
Skoro to już mam zapewnione, czego chcieć więcej?
wyjść z piekła i mieć drugą szansę - żyć tak jak się chce a nie jak zmusza depresja i fobia.

Sesję terapeutyczną ze sobą przeprowadziłam, dpszlam do jakichś wniosków, to mogę kończyć i iść na urodziny.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz