piątek, 19 maja 2017

Wiosenny poranek.

6.30 - już po tabletce, można więc spokojnie wrócić do łóżka i odczekać zalecany czas. Międzyczasie wizualizując sobie pyszne śniadanko.

Do wielu składników muszę się przekonywać, bo nie miałam w zwyczaju wdrażac ich do jadłospisu.
Mniejszy problem kiedy okazuje się że to smaczne, bo niestety najczęściej trafiam na te mało smaczne produkty.
ale jak nie spróbuję to się nie dowiem.

Pierwsze spotkanie z rukolą przemilczę :)
Jajka z bólem serca ale każdego dnia staram się jeść.
Z mięsem problem istnieje nadal. Kurcze cycuszki jesli dobrze przygotuję, to zjem, ale indycze piersi.... ludzie trzymajcie mnie, bo wyjdę z siebie!

Do słodkiego nie ciągnie mnie jak pszczoły do miodu.
Dużo więcej w diecie jest warzyw i owoców.Wcześniej też nie stroniłam od nich, ale na pewno nie jadłam w takich ilościach.

Królem, który niczym koń trojański zawitał do mojego żołądka podstępnie, okazały się płatki owsiane do których wkrawam połowę banana.

7.30 - liczę że poradzę sobie z jedzeniem śniadania, dlatego zabieram się za przygotowanie trochę szybciej, by o 8 już jeść.
śniadanie jest ważne.
Zdaję sobie z tego sprawę.
Niby coś się odblokowuje, niby nie żuję pół godziny jednego kęsa, tylko nadal śniadania wchodzą najgorzej, bez względu czy będą smaczne czy też nie. Mam zaciśnięty żołądek.
No ale hola hola, regularność posiłków musi być! No i dostarczenie energii do treningu, wiec jem, kurdeee!! Jem cholerne śniadanie

Fajnie pasuje wtedy oglądanie kolejnego odcinka "było nie minęło" o grzebkach historii ryjących w ziemi.
Pogoda przed weekendem ładna.
Nawet przytrafiło mi się troszkę leżakować na słońcu, co w moim życiorysie nie wydarzyło się nigdy wcześniej. W efekcie po 40 minutach przypiekła mi się ręka, w jednym miejscu, na buraczka. :D Reszta bez szału, jak byłam blada tak  i jestem nadal :D
Wymarzyłąm sobie że opale nogi do sukienek.... ale chyba będzie ciężko :D
Będę jak niekompletny manekin.
Poskładana z ciemniejszych rąk, białych nóg i czerwonej od upalów twarzy.
Tak się właśnie opalam.... :D

Zobaczymy jak będzie po weekendzie u P.
Może coś drgnie i na plaży słońce mnie podsmaży:)

ok 12.30 jem coś w stylu drugiego śniadania.
Zazwyczaj podjadałam w ciągu dnia, a konkretniejszy posiłek po porannym sniadaniu, jadłam prawie na kolację.
Regularność.
Ciągle wierzę, że teraz będzie odpowiednio spożywane, bez przeciągania głodu.
Dobrze mi idzie.
Oby weszło w nawyk.

Poza nagłymi spadkami samopoczucia z którymi zmagam się tej wiosny, wszystko jest super.
Głupia radość i lekkość psychiki pod koniec dnia potrafi zamienić się w smutek i brak wizji przyszłości. Naprzemiennie niezmiennie mieszają się te stany przez tygodnie.

Walczę z tym.Nie poddaję się.

Na treningu według planu schodzi mi prawie 2 godziny.
cardio pożera 20 minut według zaleceń. Nie lubię cardio. Wolę szarpać się z ciężarami, najchętniej wykonywać ćwiczenia na nogi.

(piszę i zapominam jeść :D. dobrze że spakowałam się szybciej, to zdążę dotrzeć na autobus i pociąg nie odjedzie beze mnie :D )

Pogoda poprawiła się do tego stopnia, że wreszcie wyciągnęłam z szafy spódniczki.
***
Dociera do mnie, że to nie jest miejsce w którym chcę żyć docelowo.
Potrzebuję większej głuszy.
Muszę być jeszcze dalej od miasta.
Ostatnie starcia z ludźmi dowodzą tylko, że radzę sobie w samotności lepiej i nabieram wtedy dużej energii do każdego projektu/pomysłu/działania.
Ludzie jedynie gaszą mój zapał, zasypują w popiól moją samoocenę.
Walczę z tym, bo jeszcze kilkanaście lat pożyję i warto przeżyć je dobrze.
Nie wiem czy szybciej niż kiedyś podnoszę się po chamskich odzywkach, nie wiem czy zrobiłam postępy w uodparnianiu się na niemiłe komentarze...

***
Podjęłam dalsze leczenie.
Znaczy jestem już zapisana w kolejkę, a teraz nie będę już odwlekała tematu w nieskończoność. Bo najgorzej to chyba znaleźć lekarza z daną specjalizacją i dopasować sobie dojazd. reszta to już nie taki wielki problem.
Powinnam wybrac się po świeże wyniki krwi i działać dalej.

Życie kręci się raz wolniej raz szybciej, czasami rzygać mi się chce od tej karuzeli, ale przecież nie wyskoczę. nie ejstem już dzieckiem, które bezmyślnie wyskakuje z pędzącej karuzeli, bez uzmysłowienia sobie że wyjde pokiereszowana.
Tak jak w życiu.
Wiec trwam i czekam az zwolni, wtedy na chwilke uciekam poza ten głupi plac zabaw, zaszywam się w pokoju, nabieram energii i znowu wsiadam z całą resztą, powirować w powietrzu do porzygu :)

Ciekawostka.
Kolację jadam o 21.30 i już nic nie podjadam do końca. Kiedyś mogłam jeszcze skubnąć choćby jedną kanapkę przed snem :D

Wiem jedno, Anną Karcz nie będę :D
Dobrze jeśli w ogole osiągnę jakiś poziom ukształtowania sylwetki :D

Wreszcie uspokoiły się godziny zasypiania i pobudek.
Regularnie jak z zegarkiem w ręku zasypiam przed północą (oczywiscie jeśli jestem w swoim łóżku)
a budzę się równo 6.30 :D
Mam energię do życia.
Jeśli jeszcze na dzień dobry jest piękna pogoda, to dostaję dawkę pozytywnej siły i spokoju.

***
Jedną wizję mogę spełnić i cieszę się że powolutku osiągam cel.
ale drugą.... nie wiem kiedy pozbędę się kłopotu. Żyję z tym i udaję ze jest ok ale częściej drażni to moje oczy i gdybym mogła to wyskoczyłabym ze skóry.

***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz