niedziela, 23 kwietnia 2017

Ostatni kwadrans z życia.



Powróciły odrealnienia.
Uczucie przebierania nogami, oddychania, patrzenia ale jakby poza ciałem.
Ostatni raz miałam to w trakcie trwania i wychodzenia z depresji.

Nie mówię, że to złe uczucie, bo przecież lepiej być człowiekiem - duchem niż smutasem albo przelęknionym kurczaczkiem. Z tego wszystkiego "człowiek duch" to najlepsze co mogło mnie spotkać. :)


Wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że nie czuję życia.
Bywały sporadyczne epizody trwające np. jeden dzień. Potem cisza na kilka tygodni.
Obecnie stałam się odmóżdżonym zjadaczem chleba.


Wychodzę z domu w jakimś celu, mam go cały czas w myśli, ale mam tak pusty i wyjałowiony z życia mózg, że gdyby ktoś wyskoczył mi przed nosem samochodem, to bym pod niego wpadła.
W chwilach gdy drepczę po chodniku, czekam na autobus, stoję w kolejce, czas się jakby zatrzymuje.
Mam poczucie odrealnienia, nieistnienia, niebycia.
Bycie w niebycie.
Trwanie w niczym.

Wracałam ze sklepu z P. pogoda chłodna ale ładna, niebo fajne, lekkie, pozytywne.
Powinno nastrajać do życia, zachęcać do niego. Ja? Ja czułam, że nogi idą same, że wszystko dzieje się automatycznie, że nie mam na to wpływu. Dreptałam jak dawno temu kiedy mdlałam i byłam wyciągana za rękę z kościoła. Leciałam jak latawiec, nic nie widząc, czułam że przebieram nogami w jakiś magiczny sposób, totalne odrealnienie i pustka w myślach. Nie miałam siły myśleć. Po prostu coś się działo bez mojej zgody.
Teraz też. Różnica, jedyna, znaczna i ogromna między tymi sytuacjami jest taka, że teraz samodzielnie szłam i nikt mnie nie szarpał.

Gdyby oddychanie było czynnością, o której należy pamiętać, to w tamtym momencie zapomniałabym i padła trupem przy pierwszym krawężniku. Idąc z P. czując się fizycznie totalnie dobrze, padłabym na twarz jak przy omdleniu.
Tak specyficznie działa odrealnienie na mózg jak brak dopływu tlenu na ciało.

Nie wiem w jakim świecie żyje, nie wiem też czy to normalne i czy to następstwa depresji, a może w jakiś sposób wracam do stanu nicości, w którym trwałam kilka miesięcy w odległym etapie życia, po prostu nie wiem nic.
Nie mam pomysłu na zrozumienie wewnętrznej zagadki.

Czasami nie chce mi się żyć.
Co ciekawe, wyrobiłam w sobie nawyk zrywania się z łóżka, przyjmowania regularnie leków o stałych porach, oglądania przez godzinę z łóżka tv śniadaniowej, a potem kolejno: śniadanie, mycie, ćwiczenia, reszta zajęć które wymagają mojej interwencji.
Robię to automatycznie.
Robię to niczym robot.
Nie czuję się przy tym zdołowana, przymuszona, nie czuję potrzeby odebrania sobie życia.
Jestem całkowicie nijaka lub nawet szczęśliwa. ;)
Po zakończonych rytuałach dnia, gdy wychodzę do ludzi, znowu mam wrażenie że przemykam miedzy nimi jak w innej czasoprzestrzeni.
W pociągu już tak bardzo nie zwracam uwagi na miejsce. Teraz siadam na pierwszym wolnym pod ścianą i jest ok.
Ostatni przejazd zakończył się dosiadką do obcej osoby, co mało kiedy mi się przydarza.
Czemu to zrobiłam?
Bo znowu przestaję odczuwać cokolwiek.
Robię automatycznie, z marszu wiele rzeczy.
Widzę wolne, potrzebuję usiąść, siadam.
Zauważyłam, że wchodząc do apteki, która jest mega jasna, nowoczesna, biała, i mega meeega dobrze oświetlona w środku, czułam się nijako.
Wcześniej od progu uderzał mnie blask i stresowałam się, że będzie widać wszystko na mojej trądzikowej cerze po przejściach, ktoś będzie się temu przyglądał, oceniał.
W głowie miałam setki myśli innych ludzi. Jak jakiś jasnowidz amator, który domyśla się co myślą na nasz temat inni. a przecież to nierealne.


Świat mi zobojętniał.
Może na dobre to wyszło, a może to zwiastun spadku?

Co się zmieniło?
Częściej zaczynam odczuwać przywiązanie i potrzebę bliskości.
Czerpię energię i motyle w brzuchu, kiedy wtulam się w ciało P.
To coś czego nie da się opisać.
Przytulając go czuję się jak dziecko, które ukojenie znajduje tylko w ramionach rodzica, wrażenie że tylko tam najbezpieczniej.
Wcześniej emocjonalnie byłam okropnie ale to przeokropnie rozregulowana, niedostosowana.
W ostatnim okresie swojego życia, czuję się tak jak pary w pierwszym roku znajomości.
Mam spowolniony depresją zapłon?
U zdrowych działa to naturalnie, a u takich jak ja w ogóle lub bardzo późno?

Martwi mnie czy nie popadam w jakiś nieodwracalny stan..
Czy to nie są symptomy wkraczania na środek bagna.

Nie czuć życia. hmmm
Czuć miłość ale tylko to...
Czasami odczuwam złość jak mam do tego spory powód, jeśli są to drobiazgi, to tez nie czuję negatywnych emocji.

***

Facebook powiedział mi po weekendowej przerwie, że ktoś wziął ślub, ktoś po kim mało się mogłam spodziewać tego typu akcji.
Zastanowiło mnie to mocno.
Mózg przemielił moje życie i znowu doszłam do wniosku, że dobrze mi się żyje, ale niczego nie osiągnęłam.
Jestem jak niepotrzebne ogniowo.
Niczego nie mam i na nic nie jestem gotowa, jednocześnie odczuwam braki w życiu, w sposobie układania go.

Jestem na etapie czarnej dupy.
Czyli coś tam przeżyłam, potem zakotwiczyłam w jakiejś dolinie, stabilnej, bezpiecznej ciemnej dolinie, w której nie brakuje mi niczego być móc żyć, a przede mną ogromna góra, której nie przeżyłam i na którą nie umiem się wdrapać.
Jest jak jedyny niezdobyty zimą szczyt, K2.
Moje osobiste K2...

Dobrze mi w tym ciemnym rowie, w tej dooooopie, cofać się nie chcę, wspinać na starą górę... przerabiać tego samego także nie mam zamiaru.
 Najlepiej jest mi teraz. TU I TERAZ.
Przede mną góra zbyt trudna i nierealna.

Martwi mnie brak czucia psychicznego.
Przecież ja żyję!
Przecież śnię, marzę, przeprowadzam rozmowy, słucham kiedy ktoś coś mówi.... wiem, ze czasami nie trafiają do mnie te słowa głęboko, po prostu docierają to pierwszej lepszej ścianki, od której odbijają się wraz z moją odpowiedzią, a jutro nie pamiętam już o co chodziło i z kim gadałam.

Spoglądam na swoje blade dłonie, pokiereszowaną twarz, poranione nogi i ręce...
Czasem nie wiem kim jestem i po co to wszystko robię.
Nie wiem po co chodzę do dentysty, po co profilaktycznie się badam, diagnozuję i wydaję na to ciężką kasę, którą mogłabym skrzętnie odkładać by zapewnić sobie kiedyś kilka lat życia, gdy nadejdzie kryzys nr.1

Analizowałam jakiś czas temu dlaczego dokładnie się badam.
Bo chcę mieć pewność, że z mojej strony zrobiłam wszystko by nie dopuścić do choroby lub zdiagnozować ją w najlepszym terminie.
Jeśli spotka mnie zdrowotna słabość, to będę pewna, że starałam się sportem, badaniami, odżywianiem zapewnić zdrowe, spokojne życie bez bólu.
Jedyna rzecz na którą mam jakiś wpływ w większości to właśnie to.

**
Są chęci na życie, oczywiście. Tylko że te podstawowe.
Czyli chcę coś dobrego zjeść, zdrowego najlepiej, chcę mieć spokojny dom i otaczać się spokojnymi ludźmi, swój kąt czysty, ładny i dograny już mam, moja sprawność fizyczna jest z miesiąca na miesiąc lepsza, przez to czuję się zdrowsza i mam nadzieje na zdrowe życie.
Intelektualnie takze próbuję się zaspokajać, rozwijać, staram się też sprawiać sobie małe przyjemności, ale tu tez jest problem, bo nie umiem się już cieszyć zakupem jak dawniej, bez względu co by to było.
Muszę doczekać dnia w którym mam przypływ endorfin, jestem jak naładowana tęczą broń.
Potem znowu długi przestój w czaszce. Nicość i pustka wszechogarniająca.
Jestem wyjałowiona i niepotrzebna światu.
Raz łapię się na tym, że widzę mały sens ale sto razy nie mam go wcale.
Nie oznacza to że nie chcę żyć.
Chcę.
oczywiście że chcę.
Ale z dala od świata.
I tego bym sobie życzyła.

Moze niech odrealnienie trwa całe życie?
:):)
Dzięki temu prześpię macierzyństwo, brak stabilizacji finansowej, poczucie braku miejsca na ziemi.
Prześpię wszystko w odrealnionej bańce, w którą właśnie wdepnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz