wtorek, 11 kwietnia 2017

Mała Karolina w świecie dorosłej Karoliny.


Denerwuje mnie setna próba wytłumaczenia, że nie była złą matką, że potrafiła kochać, przytulić kiedy trzeba, znaleźć czas chociaż 5 minut dziennie.
Dlaczego jeden jedyny problem z dzieciństwa, którego nie umiem przepracować, a bardzo potrzebuję, jest taki nieosiągalny?
Dlaczego ona wszystko burzy?
Mam ogromny problem z pewną formą wymierzania kary przez rodzica.
I tylko to chciałabym zrozumieć, chciałabym jej wytłumaczyć, usłyszeć coś, nie wiem.. może przepraszam?
Nie wiem czy to by coś oczyściło w moim życiu.


Niczego mnie to nie nauczyło, wręcz przeciwnie. W tamtych momentach czułam jedynie wielki ból, ogromny żal i jeszcze większy uraz narastał z roku na rok.
Czy ona czuła ulgę gdy biła?
Czy nie znała innej formy wychowania?
Pamiętam, że zasłużenie podnosiła na mnie głos kiedy byłam niegrzeczna, pamiętam gdy coś przeskrobałam i dała mi klapsa czy tez dwa. I to nie wywierało we mnie urazu narastającego latami, a jednocześnie przestałam łobuzować, stawałam się bardziej okiełznana i grzeczna.
W mniej dotkliwy sposób uzyskiwała posłuszeństwo, a to chyba na tym zależy rodzicom kiedy wymierzają kary?
Z inną formą karania nie umiem sobie poradzić do dziś.
Jestem już dorosła, nadal mi to wszystko w myślach wraca.
Czuję wielki żal o to co się wtedy działo.
Nienawidziłam jej, a jednocześnie bałam się to wyznać, bo przecież rodziców jakich się ma to takich się kocha.
Zawsze słyszałam:
 "To dla twojego dobra, byś nie urosła taka rozpuszczona jak dziadowski bicz"
Szczerze?
Nic mi to nie dało dobrego. NIC!
W dorosłym życiu wszystko powraca.
Latami uciszane wspomnienia zero mi dały.
Co ma wyjść, to po prostu musi jakoś się przecisnąć i poprzypominać o przeszłości.

Zebrałam się w sobie kolejny raz, by porozmawiać, zrozumieć DLACZEGO.
Może tak jak już wspominałam wcześniej, potrzebuję usłyszeć słowo "przepraszam"? A może chcę zobaczyć, że ona żałuje tego co robiła?
Mam wrażenie, że to by mnie uwolniło, naprawiło, mogłabym jakiś etap zamknąć i spokojniej żyć.

Niestety.
Kolejny raz zbieram żniwo z tamtych lat, kolejny raz próbuję jako dorosła Karolina porozmawiać o tym co się działo i kolejny raz dostaję w odpowiedzi przerzucanie winy na małą Karolinę, której już przecież nie ma.

Co sobie przypomnę tamte momenty, to z nerwów zalewam się łzami przy wszystkich.
Przy próbie rozmowy z nią, przedstawienia swojego stanowiska, dzieje się identycznie.
Płaczę jakbym kanały łzowe pomyliła z fontanną.
Dodatkowo wtedy otrzymuję informację zwrotną, że płacz jest czymś złym.
"Co? już płaczesz?" 

Tekst:
"a co miałam zrobić jak doprowadzałaś mnie do szewskiej pasji? kiedy tłumaczyłam ci coś sto razy a ty i tak robiłaś swoje?" 

"dzięki temu na jakiś czas miałam z tobą spokój"

Tak, miałaś.... spokój spowodowany nienawiścią. A nie posłuszeństwem.

Bolą mnie te słowa.
Jestem już dorosła, a nadal cierpię za przeszłość.
Wszystko w sobie poukładałam, tyle osiągnęłam, jestem już prawie wyleczona z różnych urazów, Jako introwertyk mam gorzej by to przełamywać ale staram się, bo chcę zacząć żyć na nowo.
Tylko to...
To nadal pozostaje nieprzepracowane.
Zostawiłabym w cholerę przeszłość gdyby nie wracała i nie bolała.
To jest okropne.

Kiedy ktoś podnosi na mnie głos, w głowie rodzą się wspomnienia kiedy prosiłam ją by nie biła, kiedy bolało potem całe ciało, a dusza jeszcze bardziej.
Przez to boję się głośnych ludzi, przez to nie lubię przebywać w towarzystwie krzykaczy.
Nie znoszę kiedy jakiś rodzic w taki sposób bije swoje dziecko.
Wystarczy mi wzmianka w programie śniadaniowym o pobitym dziecku... Skacze mi ciśnienie i wparowałabym do tego domu powybijać takich rodziców.

Tak.
Dzisiaj mogę stwierdzić, że pewne zachowania w moim domu były patologiczne.
Głupio  wierzyłam, że skoro raz na tydzień takiego katowania nie miałam, to znaczy że wszystko jest w normie. Ale czy w takim razie mogłabym swojemu dziecku zrobić coś podobnego? (przecież to "normalne", prawda?)
Gdybym zobaczyła podobny obrazek u obcych, to powiedziałabym, że to jakaś patologia, że coś tu jest nie halo.
Czy gdyby to było normalne, to reagowałabym tak samo jak dziś?
Dlaczego nie wspominam klapsów?
Bo były inną kategorią karania. Taką którą potrafiłam wtedy przyjąć, zrozumieć i czegoś się nauczyć na przyszłość.

Kocham ją nadal tak samo. bo pamiętam wiele dobrych chwil.
Kiedy się poważnie skaleczyłam, nie krzyczała tylko ratowała, przytulała i potem miesiącami leczyła moje urazy.
Na swoje finansowe możliwości kupowała mi jakiś drobiazg.
Ale kiedy puszczały jej nerwy z różnych powodów.... to tego po prostu nie umiem zrozumieć.

Tak sobie teraz siedzę i to piszę.
Po co? Ktoś zapyta.
Przecież po co wyciągać syfy z przeszłości?
Niestety nie umiem z tym żyć, mimo miłości jaką ją darzę, mam głęboki uraz i krztę nienawiści, która za wszystko co się działo kiedyś, dzisiaj kiełkuje z każdej strony, żre mnie jak nowotwór i utrudnia funkcjonowanie.
Zastanawiam się czy to przyniesie ulgę na dłużej czy jedynie na krótki czas.

Chciałabym by mnie wreszcie zrozumiała, że to było najgorsze przeżycie mojego dzieciństwa!
Chciałabym by dostrzegła błąd.
Chciałabym by przeprosiła tak prawdziwie, od serca, z przemyśleniem tego co się wtedy działo.
Chwilowo nadal udaje, że nic się nie działo albo że gadam głupoty i nie rozumiem sytuacji.
Może dzięki temu siedziałam tyle lat na dupie i uważałam, że to było potrzebne?
Bo przecież mama tak mówiła, a czy mama okłamałaby swoje dziecko?
Przecież mama wie co robi...

Co raz częściej nie mogę wyjść z podziwu, że każdorazowo nawracający problem spychałam dalej w pamięci, wierząc że tak jest w każdym domu.

Może napisanie o tym w pewnym stopniu przyniesie ulgę?
Wygadanie się.
Opowiedzenie światu.
Ujście emocji.
Coś w stylu pisania listu do osoby która nas zraniła.

Nic innego na chwilę obecną zrobic nie umiem...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz