wtorek, 21 marca 2017

Najważniejsze to mieć siebie.


Najfajniejszą umiejętnością jest odporność na podejście do życia innych ludzi.
Wielokrotnie dotyka mnie to w najbliższym otoczeniu.
Olewam sposób w jaki ogarniają świat wszyscy inni ale domownicy, którzy swoją postawą życiową wnikają już w MÓJ ŚWIAT, to coś czego nie umiem pokonać, wyciszyć i usunąć z głowy.



Ja lubię porządek.
Domownicy mniej...

Ja chcę mieć czyste podłogi, dbam o to, staram się, to nic że lubię sprzątać, ważne jest że dbam o to co wspólne. Robię to dla siebie i dla nich. Bo czy mój wysiłek fizyczny byłby cenniejszy gdybym sprzątała bez zamiłowania?
Czy powinnam się przy tym umartwiać, cierpieć katusze i narzekać?
Czy wtedy doceniono by moją pracę?
Mój wkład także w ich życie?
Domownicy natomiast zachowują się jak goście, którzy przyszli na uroczystość, odeszli od stołu pozostawiając po katach szklanki, kubki, talerzyki.
Jak goście którzy drepczą w butach po wszystkich pokojach wnosząc piach.
Nie przeszkadza im, że w zlewie piętrzy się brudny stosik, że trzeba wyprasować pranie, a umywalka woła o pomstę do nieba.
Nie interesuje ich że trzeba wymienić ręczniki na świeże.

chciałabym wracać do domu na tyle czystego jak go opuszczam.
Wracam zmęczona po podróży, chcę zobaczyć kuchnię na błysk, bo przed wyjazdem posprzątałam im wszystko... po powrocie zastaję to co zastaję...

Nie wiem czy za duzo wymagam. Może powinnam jakims cudem interesować się swoim pokojem a na całą resztę domu nie zwracać uwagi.
Gdybym miała jeszcze osobną łazienkę i kuchnię, to odpuściłabym walkę o czystość na parterze. Niech żyją jak chcą.

Jestem bezsilna.
Jest mi zwyczajnie przykro.
Często ponoszą mnie nerwy.
Ale co ja mogę, że niektórzy maja taki styl bycia?
tylko jak to pogodzić skoro mieszkamy razem?

Chciałabym by ludzie odwiedzający nasz dom usiedli w czystym pokoju/kuchni, bez oglądania rozgrzebanego łóżka, klejącego blatu, by znalazło się miejsce na stole w pokoju pośród rozłożonych wiecznie puzzli, pilotów, odpadków.

Wielokrotnie podejmowałam różne próby okiełznania tematu.
Najpierw prosiłam.
Potem wpadałam w złość z bezsilności.
Umawiałam się nawet w formie grafiku. Dziś sprzątasz tu a ja tam, jutro tu i tam bla bla bla. Działało! Na niecały tydzień. Potem było znowu olewanie, brud i malaria.
Sprzątałam też po swojemu nic nie mówiąc, nie komentując lenistwa i obojętności. Efekt? Doczepianie się do systemu w jakim sprzątam :D Czyli znowu ŹLE!
Jak to rozwiązać?
Zacząć dokładać swoje talerze do zlewu? :D
Przestać prać, no chyba że własne ubrania :D ??
To niezgodne z moimi zasadami.
Jestem w kropce.
Dopóki mieszkamy razem, ta karuzela będzie trwała.

***
Drażni mnie podejście do religii i dociskanie innych, którzy mają własne poglądy, odmienne od "przyciskacza"
Drażni mnie wiele spraw.
Ale dotyczy to wyłącznie najbliższych osób.
Potrafię przemilczeć i uspokoić się szybko kiedy do szewskiej pasji doprowadzają obcy ludzie.
Bo od nich można się uwolnić, nie muszę użerać się z nimi.

Drażni mnie że powoli tracę ogródek. Jedyne miejsce o które dbałam tyle czasu, pielęgnowałam, udoskonalałam. Jedna dziwna decyzja i z ogrodu robi się jakiś pseudo park  linowy, małpi gaj dla dzieci. Z trawnika nic nie zostanie, będzie zadeptany. Kwiaty przestaną rosnąć bo zwyczajnie znikną pod butami. Tak bardzo kochałam to robić. Kosić trawniki, dosadzać rośliny, docinać.
Teraz już nie widze sensu.
Odbieranie mojej małej radości, to po prostu cios w serce.
Nazbierało mi się i musiałam się wygadać.

**
Najważniejsze to mieć siebie.
SIEBIE samego.
Być dla siebie odskocznią
odszukać w sobie jakieś plusy, łapać hobby za nogi, odłączać się od negatywnych osób i przykrych słów.
łapać promyki słońca w każdej możliwej sytuacji.

Powolutku czuję że brakuje tu dla mnie miejsca.
Jednocześnie zauważam, że kiedy wracam do domu, to jestem mega mile widziana.
Dostaję obiad pod nos, coś ciepłego do picia, w piecu jest rozpalone na czas.
Po prostu bardzo miły gest.
Wtedy nie wiem już jak to z tym jest.

Gdybym była finansowo stabilna, zbudowałabym mały domek za jakimś miastem, niedaleko lasu, z ogrodem, z miejscem na szklarnię i własne warzywa, z miejscem na trawniki, kwiatki i relaks typowy dla posiadacza ogrodu.
Piłabym latem kawę na tarasie będąc sobie panią życia i małego świata na wykupionych gruntach.
Nikogo odmiennego od siebie nie wpuściłabym do domu na dłużej niż zwykłą wizytę koleżeńską.
Nikt nie przestawiałby moich rzeczy, nie niszczył ogrodu z powodu głupiego kaprysu i nie rozrzucał śmieci jak rozwydrzony dzieciak.
Budziłabym sie rano, schodziła do kuchni i nie słuchała marudzenia, bo ktoś lewa noga znowu wstał i przy okazji kolejny raz mi się dostało.
Marzę o tym.
Bardzo tego chcę.
Dla siebie.
Mały, osobny świat.
Gdybym mogła jednym pstryknięciem spełniać marzenia... :D:D:D







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz